wtorek, 29 lipca 2014

prolog

Psychika ludzka jest rzeczą skomplikowaną ale też zadziwiająco prostą. Wszystko działa na tej samej zasadzie. Wszystko sprowadza się do bólu. Ból jaki odczuwamy jest taki sam, ale inna jest jego siła. Reakcje są bardzo do siebie podobne. Alkohol, papierosy, samookaleczenia, agresja czy też narkotyki. Wszystko zależy od tego jak mocny jest ból, który odczuwamy. Ból po stracie najbliższej osoby, ból po zerwaniu czy po uderzeniu. Ból jaki odczuwamy jest taki sam. To psychika sprawia, że inni nie odczuwają go tak bardzo jak ich rówieśnicy. Dla niektórych jest to zwykłe ukucie w okolicy serca, a dla innych ból, który przejmuję kontrolę nad całym ciałem i nie czujesz nic innego tylko to. Każdy mięsień, każda kość, każdy narząd płonie w nieistniejącym bólu, który nasila się z dnia na dzień. Ból nie istnieje, to my daliśmy mu życie. Każdy, nawet ja.

Pamiętam każdą sekundę spędzoną z nim. Kiedy brał mnie w ramiona i sprawiał, że choć na chwilę mogłam czuć się bezpieczna. Pomimo całego zła w moim życiu, czułam się z nim bezpieczna. Pomimo jego wad, kochałam go całym sercem. Ale jak widać nie byłam dla niego wystarczająco dobra. Odszedł. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy. Ja nie byłam. Przez pierwsze miesiące nie ruszałam się z łóżka. Straciłam chęć do życia i jedyne o czym marzyłam, śniłam to znowu poczuć jego dłonie na moim ciele. Jego usta na moich ustach. Jego perfumy, które sprawiały, że traciłam zmysły. I żeby ostatni raz posłuchać jego głosu. Jednak "świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń". Najgorsze było to, iż nie miałam szansy się z nim pożegnać. To chyba zabolało najbardziej. Ból po jego stracie porównywałam do płonięcia żywcem. Był najwyższą skalą w mojej osobistej skali bólu. Nigdy nie zapomnę uczucia jakie owładnęło mnie po jego stracie. Tego nie zapomina się nigdy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że razem z jego odejściem, pozwoliłam odejść samej sobie. W tym całym natłoku uczuć zaczęłam gubić siebie. I patrząc na to z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że sama raniłam siebie. Raniłam się gdyż nie potrafiłam czy też nie chciała ruszyć do przodu i o tym zapomnieć. Oczywiście, nie można o tym zapomnieć ale nie powinnam była płakać, patrząc na nasze wspólne zdjęcia. Nie powinnam była płakać czytając sms-y od niego. Nie powinnam była płakać wtulając się w jego skórzaną kurtkę czy też ściskając w dłonie bransoletkę od niego. Nigdy nie powinnam za nim płakać. Ale z jakieś przyczyny cały zdrowy rozsądek schodził na drugi plan gdy tylko pomyślałam o nim. Chyba z miłości. Nie umiem określić tego co czułam, gdy odszedł. To było tak jakby ktoś wyrwał mi serce. Jakby ktoś zabrał z mojego życia całe światło. Może brzmi to protekcjonalnie ale taka jest prawda. Każdy najmniejszy mięsień odmawiał mi posłuszeństwa gdy odszedł. Tak jakby całe moje ciało zmówiło się przeciwko mnie. Pomimo zdrowej duszy to ciało potrzebowało wyzdrowieć i wyleczyć się z tej chorej miłości. Potrzebowałam na to kilku miesięcy leżenia i terapii. Może z tego powodu wybrałam taką ścieżkę życia a nie inną? Może dlatego, że chciałam pomagać ludziom z takimi samymi przeżyciami co ja? A może po prostu potrzebowałam tego by całkowicie odciąć się od przeszłości? Nieważny jest powód, ważne jest, że teraz wiem jedno.
Że już nigdy więcej nie pozwolę zgubić, zniszczyć, zranić siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz